...czyli o tym, jak zmarnować 3h życia na bezsensowne zabiegi z włosami ;)
Może zacznę od tego, co zrobiłam.
Jest niedziela,
godzina 19:30. Biorę łyżkę miodu i rozpuszczam w kąpieli wodnej. Zastanawiam się, co jeszcze do niej dodać, a że jestem świeżo po laminowaniu, w głowie przeglądam listę produktów oleistych... Mój wzrok pada na resztkę kakao. Dosypuję (na oko, oczywiście) łyżeczkę do miodu.
Potem przypominam sobie o siemieniu lnianym :D Więc czym prędzej zdejmuję czekoladową mieszankę z rondelka, dosypuję do gotującej się wody trochę siemienia i gotuję. Strasznie się niecierpliwię, bo woda długo nie gęstnieje. Robi się godzina 20.
Mieszam siemię z miodem i kakao. Popełniam błąd i
wylizuję łyżkę. Co kończy się zjedzeniem kolejnej. Cóż. I kolejnej. Potem szybko biegnę do łazienki i dolewam odżywki morelowej, by zakończyć podjadanie.
O 20:15 okazuje się, że brakuje mi mieszanki na grzywkę.
Biegnę do kuchni. Biorę słoik ze świeżym żelem siemieniowym, dodaję pół łyżeczki płynnego miodu, który zebrał się w rowku słoika i
dosypuję kakao. Widzę, że
nie zostało go dużo, więc wysypuję wszystko. Mieszam. Biegnę do łazienki i nakładam wszystko na grzywkę. Masa jest
źle wymieszana, widzę pełno grudek kakao, ale się tym nie przejmuję i nakładam dalej. Resztkę nakładam na końcówki. Potem owijam głowę folią, koszulką i siedzę tak około godzinę, expiąc Candy Crush.
Po tym czasie poszłam umyć głowę. Kakao spłynęło hojnie do odpływu. Spływało i spływało... Umyłam głowę drugi raz, bo w moich włosach utkwiło pełno grudek. Woda nadal była brązowa, na dnie wanny zebrał się wręcz osad.
Polewałam włosy wodą jakieś dobre 15 minut, próbując pozbyć się czekoladowych grudek. W końcu pomyślałam, że może potrzebny jest im poślizg. Nałożyłam na włosy maskę jaśminową Kallos, na 5-10 minut. Spłukałam. Część grudek skapitulowała, część (zwłaszcza te na grzywce) wesoło huśtały się na pasmach.