Może zacznę od tego, co zrobiłam.
Jest niedziela, godzina 19:30. Biorę łyżkę miodu i rozpuszczam w kąpieli wodnej. Zastanawiam się, co jeszcze do niej dodać, a że jestem świeżo po laminowaniu, w głowie przeglądam listę produktów oleistych... Mój wzrok pada na resztkę kakao. Dosypuję (na oko, oczywiście) łyżeczkę do miodu.
Potem przypominam sobie o siemieniu lnianym :D Więc czym prędzej zdejmuję czekoladową mieszankę z rondelka, dosypuję do gotującej się wody trochę siemienia i gotuję. Strasznie się niecierpliwię, bo woda długo nie gęstnieje. Robi się godzina 20.
Mieszam siemię z miodem i kakao. Popełniam błąd i wylizuję łyżkę. Co kończy się zjedzeniem kolejnej. Cóż. I kolejnej. Potem szybko biegnę do łazienki i dolewam odżywki morelowej, by zakończyć podjadanie.
O 20:15 okazuje się, że brakuje mi mieszanki na grzywkę.
Biegnę do kuchni. Biorę słoik ze świeżym żelem siemieniowym, dodaję pół łyżeczki płynnego miodu, który zebrał się w rowku słoika i dosypuję kakao. Widzę, że nie zostało go dużo, więc wysypuję wszystko. Mieszam. Biegnę do łazienki i nakładam wszystko na grzywkę. Masa jest źle wymieszana, widzę pełno grudek kakao, ale się tym nie przejmuję i nakładam dalej. Resztkę nakładam na końcówki. Potem owijam głowę folią, koszulką i siedzę tak około godzinę, expiąc Candy Crush.
Po tym czasie poszłam umyć głowę. Kakao spłynęło hojnie do odpływu. Spływało i spływało... Umyłam głowę drugi raz, bo w moich włosach utkwiło pełno grudek. Woda nadal była brązowa, na dnie wanny zebrał się wręcz osad.
Polewałam włosy wodą jakieś dobre 15 minut, próbując pozbyć się czekoladowych grudek. W końcu pomyślałam, że może potrzebny jest im poślizg. Nałożyłam na włosy maskę jaśminową Kallos, na 5-10 minut. Spłukałam. Część grudek skapitulowała, część (zwłaszcza te na grzywce) wesoło huśtały się na pasmach.
W końcu wyszłam spod prysznica. Osuszyłam włosy ręcznikiem, bardzo delikatnie i sięgnęłam po lokówkosuszarkę... Szybko okazało się, że to nie jest dobry pomysł, bo grudki po prostu przyczepiały się do igiełek i przy kolejnym przeczesaniu wędrowały na włosy. W ten sposób tylko je rozprowadzałam. Więc zdjęłam szczotkę z suszarki i próbowałam po prostu je podsuszyć, by grudki spadły z suchych włosów. Było już późno i szło mi to trochę za wolno, więc sięgnęłam po TT... Po każdym przeciągnięciu musiałam ją płukać. Grudki były WSZĘDZIE. Spędziłam nad tym jakieś 10 minut, włosy nie były oni trochę suchsze, bo przecież cały czas czesałam je mokrym TT. W końcu dałam sobie spokój, podsuszyłam tyle ile się dało (nawet gorącym nawiewem, po raz pierwszy od kilu lat :< ), zaplotłam warkocz, położyłam ręcznik na poduszce, żeby jej nie zabrudzić i poszłam spać około 22:45...
Co zrobić, żeby nauka w las nie poszła i jaki były moje błędy?
Najważniejsze zaznaczyłam już w tekście.
1) Nigdy nie eksperymentujcie wieczorem. NIGDY. Nawet testując przepis, który ma wiele zwolenniczek. Każde włosy są inne i możecie się nieźle przejechać. Potem spędzicie kilka godzin, starając się wszystko odratować, będziecie coraz bardziej zmęczone i poirytowane. Na nowe zabiegi trzeba sobie zostawić duży margines czasowy.
2) Nie jedzcie papek na włosy. Potem okaże się, że Wam jej zabraknie, a wtedy katastrofa jest nieuchronna.
3) Nie dosypujcie niczego tylko dlatego, że widzicie dno paczki -.-
4) Mnie nie chciało się podgrzać siemienia, miodu i kakao, czego skutkiem była naprawdę koszmarnie wymieszana masa.
5) Grudki, grudki, grudki. Grudki. Jeśli są już w papce, to będą i na włosach. A kakao jest tłuste, a więc i ma lepszą przyczepność niż np. imbir, który też kocha zlepiać się w grudki.
Myślę, że wszystko przez to, że zjadłam te dwie łyżki. Gdybym tego nie zrobiła, nie musiałabym dorobić masy, czyli nie powstałoby tyle grudek.
Jest jednak pewna rzecz, która mnie zastanawia. Dlaczego nikt nigdy nie napisał na żadnym blogu, by przesiewać kakoa/imbir/cynamon/mąkę przez sitko? To na pewno zapobiegłoby powstawaniu grudek :P
EFEKTY:
Włosy zaraz po zetknięciu z wodą, w momencie zmywania maseczki były wyraźnie nawilżone. Jednak w wyniku długiego wypłukiwania zrobiły się matowe, już pod prysznicem. Rano były miękkie, ale nie tak, jakbym tego oczekiwała po tak intensywnej pielęgnacji. No i sypał mi się z głowy czekoladowy łupież.
Ale muszę dodać, że włosy pachniały nieziemsko :) Nawet po przy suszeniu, czyli po zmyciu silnie pachnącego Kallosa jaśminowego, wciąż czułam czekoladę.
W tutaj mamy zdjęcie:
Włosy są zaraz po rozczesaniu. Głowę mam trochę odchyloną do tyłu, w rzeczywistości nie są takie długie.
Nie oznacza to, że zrezygnuję z kakao. Następnym razem po prostu je "przesitkuję" ;)

Bardzo dziwne, mnie nigdy nie zrobiły się grudki, ani przy kakao, ani przy imbirze, kakao jest bardzo dobrze rozpuszalne ogólnie
OdpowiedzUsuńPrzy imbirze grudki robił mi się nie raz. A jeśli chodzi o kakao, to zrobiły się dopiero w tej dorobionej maseczce, wcześniej dobrze się rozpuściły. Podejrzewam, że to też kwestia tego, że siemię było już trochę przestudzone :(
UsuńHm, całkiem możliwe że to od siemienia, w takiej glutowatej konsystencji rzadko coś sie dobrze rozpuszcza :D może też po prostu z tego pośpiechu nie wyszło do końca mieszanie :) ale włosy nie wyglądają źle!
Usuń:D Usmialam sie, choc oczywiscie nie z Twojej nieudanej proby dorobienia mikstury, a raczej z faktu, ze polowe zjadlas :) Faktycznie mialas niezly mlyn z kakao ;) Musze sprobowac pomyslu z przecedzaniem go przez sitko ;)
OdpowiedzUsuń